Podsłuchujemy internetowy głuchy telefon: listy łańcuszki, miejskie legendy, pogłoski, mistyfikacje, faktoidy, owcze pędy i koty w butelkach.

bezstresowe wychowanie


Pasażer uciera nosa matce rozkapryszonego, „wychowywanego bezstresowo”, dziecka

Na temat bezstresowego wychowania krąży w Lublinie ponoć autentyczna historyjka:

stoi sobie w trolejbusie pan, obok niego siedzi kobieta z dzieckiem na kolanach; tłok oczywiście spory; a dzieciak ze swoistym zacięciem w oczach - kop! w nogę stojącego pana; on się nie odezwał myśląc że to pomyłka, a tu znów: kop! w jego nogę i bezczelny uśmiech dzieciaka; na to zbulwersowany pan normalnym głosem: nich pani skarci syna, on kopie mnie celowo w nogę. na to kobieta: nie skarcę, wychowuję dziecko bezstresowo. mężczyzna zachował stoicki spokój, odsunął się po prostu od niesfornego dzieciaka; trolejbus staje na przystanku, obok kobiety z dzieckiem wstaje dryblas-student do wysiadania ale zanim wysiada - wyjmuje z buzi zżutą gumę, przykleja do czoła kobiety i mówi: "wie pani, ja też byłem wychowany bezstresowo" i wychodzi. kobieta czerwona jak burak milczy bo cóż ma powiedzieć... [1]

To jeden z wielu przykładów, gdy ktoś w internecie opowiada historyjkę o niegrzecznym dziecku wychowywanym bezstresowo. Legenda ta jest bardzo popularna. Przytacza się ją bezustannie (jako autentyczne wydarzenie!) przy okazji internetowych dyskusji o wychowaniu dzieci, „dzisiejszej młodzieży”, młodocianych przestępcach itd.

Jak pisze jeden z moich informatorów:

Pierwszy raz usłyszałam tę historyjkę jako dowcip na początku liceum — gdzieś w okolicach 92-93 roku. Potem szybciutko, bo w ciągu roku, mniej więcej, wróciło to do mnie jako autentyk minimum dwukrotnie. Osobami dramatu były: matka z dzieckiem oraz, kolejno, młodzieniec, student, starszy, wnerwiony pan. Akcesoria — wierzgające kopytko dziecięcia, noga/reklamówka/teczka ofiary oraz guma na czole mamy/guma we włosach dziecięcia/soczyste splunięcie w oko mateczki.

Potem słyszałam tę historię wielokrotnie, w różnych konfiguracjach, jednakowoż dziecina zawsze była lat 4-6, wychowywana bezstresowo, podróż odbywała się komunikacją publiczna (najczęściej miejską), a dziecię niezmiennie wierzgało kopytem. Jedyne zmiany dotyczyły faktu, czy reakcja następowała ze strony skopanej ofiary czy innego Robin Hooda. Najczęstszym rekwizytem użytym do obezwładnienia mateczki była guma do żucia. Ale spotkałam się też z flegmą w oko, ciastkiem czekoladowym wcieranym we włosy mateczki, oraz (raz!) przeżutym jabłkiem. [2]

Rzeczywiście, szczegóły historii się zmieniają, akcja może toczyć się w autobusie [3], w pociągu [4] bądź w tramwaju [5]. Znalazłem pojedyncze przytoczenia wersji, w których do konfrontacji dochodzi w kolejce w sklepie [6] lub w parku [7]. Karać dziecko może pasażer-pank (!) [3] albo student [4].

Historia jest już wiekowa, niektórzy z moich informatorów twierdzą, że słyszeli ją już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku:

Tę historię słyszałam po raz pierwszy w Gdańsku na początku lat 80. — miejscem akcji był autobus, bohaterowie: mamusia, synek, młody współpasażer […] [7]

Pierwszy raz słyszałam tę historyjkę w Warszawie we wczesnych latach 80. lub nawet pod koniec 70. Oczywiście opowiadana była przez „naocznego świadka”. Różniła się od przytoczonych tylko tym, że „karcący” mamusię młody człowiek napluł na swój bilet, który następnie przykleił jej do czoła, wygłosił komentarz i wysiadł z tramwaju. [8]

Legenda o bezstresowym wychowaniu jest dobrze znana też w Niemczech (po niemiecku mówi się raczej o „antyautorytarnym” wychowaniu) przynajmniej od końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku [8]. Niemiecki badacz folkloru współczesnego Rolf Brednich przytacza też wersję, której akcja toczy się nie w środkach komunikacji publicznej, lecz w kolejce w supermarkecie: niegrzeczny chłopiec uderza wózkiem sklepowym starszą kobietę, matka stwierdza, że wychowuje dziecko bezstresowo i jeśli ma ono na to ochotę, to może to spokojnie dalej robić, stojący obok młody mężczyzna reaguje wylewając na głowę matki słoik miodu. „Po prostu miałem na to ochotę”, stwierdza mężczyzna [9].

Z kolei wersja z pankiem-pedagogiem jest dobrze znana w Czechach [10].

swawolny Dyzio

Legenda miejska o bezstresowym wychowaniu przywodzi na myśl swawolnego Dyzia z Ludzi bezdomnych Stefana Żeromskiego:

[…] wtem drzwi [do przedziału] otworzyły się i nie tyle weszła, ile wdarła się do przedziału dama wysoka i chuda prowadząc za rękę chłopczyka mniej więcej dziesięcioletniego. […] [Dama] padła na sofę i wzięła się do oglądania towarzyszów drogi. Mały Dyzio stał pośród sprawunków nawalonych w przejściu między siedzeniami i, gwiżdżąc, również przyglądał się obecnym. […] Włosy tego chłopięcia były szare, a rosły jakoś naprzód, w kierunku widza. Cała postać, a szczególnie oczy, włosy i ręce przypominały rysia czy żbika. Ubranie było wytarte niepospolicie i świadczyło o jakichś piekielnych walkach z ziemią, wodą i smarowidłami. Pończochy wypchnięte na kolanach i przedziurawione odsłaniały nogi okryte krwią i mnóstwem siniaków.

[…]

[…] Z żywą ciekawością [Dyzio] pochylił się ku oficerowi siedzącemu w kącie przedziału i zaczął szczegółowo oglądać guziki munduru biorąc każdy z nich w palce zawalane rozmaitymi substancjami. […]

[…]

Żywy chłopczyk znowu nie wysłuchał słów matki z należytą uwagą. Zamierzył był właśnie dostać się do okna i ruszył w tym kierunku po nogach osób siedzących. Rozległ się krzyk dam i pana w mundurze, oskarżający Dyzia, że włazi na odciski. Dyzio z miną tryumfatora obojętnego na wszystko przedarł się, dokąd zamierzył. Rozkraczywszy nogi stanął na dwu siedzeniach i wychylił się za szybę ruchem tak lekceważącym wszelkie niebezpieczeństwo, że obecni w przedziale zobaczyli raptem odwrotną część jego ubrania zdartą, kto wie czy nie bardziej niż pończochy.

[…]

— Proszę pani — krzyknął oficer — co to jest! A to ślicznie wychowany chłopak! Może pani będzie łaskawa!…

[…]

Chłopak uśmiechnął się zjadliwie, zebrał ręką nową garść błota i rozpostarł je na obnażonej nodze. Wtedy Judym kazał furmanowi stanąć. Skoro tylko powóz się wstrzymał, otwarł drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął ze sobą Dyzia. Tam ujął go za kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolanie i wysypał mu prawą około trzydziestu klapsów spod ciemnej gwiazdy. W trakcie tej operacji słyszał rozdzierający krzyk damy, czuł szarpanie za rękawy, nawet drapanie paznokciami, ale nie zwracał uwagi. Matka nieszczęsnego skazańca zerwała Judymowi kapelusz z głowy, rzuciła go w pole i wrzeszczała jak obłąkana. Gdy doktora dłoń zabolała od razów, wrzucił chłopaka na siedzenie powozu, wyciągnął swoją walizkę, wziął ją w rękę i kazał jechać. [11]

Między legendą o bezstresowym wychowaniu a swawolnym Dyziem są pewne podobieństwa: niesforne dziecko, akcja w — powiedzmy — środkach komunikacji publicznej (pociąg, później powóz), pasażer karzący dziecko. Jest jednak zasadnicza, „strukturalna” różnica — doktor Judym nie stwierdził, że też był wychowywany bezstresowo…

podobne legendy

przypisy

[1] wypowiedź internautki „dorota”, 27 grudnia 2004, http://www.kafeteria.pl/namarginesie/obiekt.php?id_t=130

[2] 7 marca 2009, http://atrapa.net/legendy/bezstresowe.htm#comment-10604

[3] 8 kwietnia 2008, blog londynska.blog, http://londynska.blog.onet.pl/2,ID308994996,DA2008-04-08,index.html

[4] wypowiedź internauty „Simon”, 25 marca 2006, http://www.forum.tcz.pl/viewtopic.php?p=1578&sid=52c75e357863556f0751f56cc687bf92

[5] wypowiedź internauty „BloodyTampoon” otwierająca wątek Dzisiejsze wychowanie młodzieży na Forum młodzieżowym, 8 stycznia 2010, http://www.fmlodziezowe.pl/viewtopic.php?t=244 data dostępu: 3 marca 2012

[6] wypowiedź internautki „asiaki” w wątku "Bezstresowe" wychowanie na forum Nasz Bocian, 20 października 2003, http://www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewtopic&t=5266&start=90, data dostępu: 10 września 2008

[7] wypowiedź internauty „arimer” w wątku Bezstresowe wychowanie dzieci. na forum Charaktery, 17 września 2010, http://www.charaktery.eu/nowe-forum/post/22730/Bezstresowe-wychowanie-dzieci/strona/12/, data dostępu: 3 marca 2012

[8] 7 marca 2009, http://atrapa.net/legendy/bezstresowe.htm#comment-10610

[9] 1 kwietnia 2011, http://atrapa.net/legendy/bezstresowe.htm#comment-12830

[10] Rolf Wilhelm Brednich, Die Spinne in der Yucca-Palme. Sagenhafte Geschichten von heute, Verlag C.H. Beck, München 2007, s. 89, 90

[11] Petr Janeček, Černá sanitka a jiné děsivé příběhy. Současné pověsti a fámy v České republice, Nakladatelství Plot, Praha 2006, s. 251

[12] Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni

bezstresowe wychowanie

słyszłam to w 2002 czy 2003 roku w Olsztynie, ale że sporo tam studentów więc dokładnie nie wiem skąd przywędrowało, opowiadała koleżanka z ciechocinka, której to chłopakowi opowiadał jego kolega, ale juz nie wiem niestety skąd był... wersja że działo się to w Polsce w autobusie...

w latach 90' już była opowiadana ta historia

Ja ją pierwszy raz usłyszałam od nauczycielki w szkole podstawowej. To był chyba 1996-1997... czyli jest stara jak świat;P... ale bardzo mi się podoba:) ładnie uciera nosa "bezstresowemu wychowaniu", które okazało się chybionym pomysłem pedagogów.

Pierwszy raz uslyszalam to

Pierwszy raz uslyszalam to historyjke, jako dowcip na poczatku liceum - gdzies w okolicach 92-93 roku. Potem szybciutko, bo w ciagu roku, mniej wiecej, wrocilo to do mnie jako autentyk minimum dwukrotnie.
Osobami dramatu byly: matka z dzieciem oraz, kolejno, mlodzieniec, student, starszy, wnerwiony pan. Akcesoria - wierzgajace kopytko dzieciecia, noga/reklamowka/teczka ofiary oraz guma na czole mamy/guma we wlosach dzieciecia/soczyste spluniecie w oko mateczki.

Potem slyszalam ta historie wielokrotnie, w roznych konfiguracjach, jednakowoz dziecina zawsze byla lat 4-6, wychowywana bezstresowo, podroz odbywala sie komunikacja publiczna (najczesciej miejska)a dziecie niezmiennie wierzgalo kopytem. Jedyne zmiany dotyczyly faktu, czy reakcja nastepowala ze strony skopanej ofiary czy innego Robin Hooda. Najczestszym rekwizytem uzytym do obezwladnienia mateczki byla guma do zucia. Ale spotkalam sie tez z flegma w oko, ciastkiem czekoladowym wcieranym we wlosy mateczki, oraz (raz!) przezutym jablkiem.

Ostatnie spotkanie z legenda - wczoraj. Podana jako autentyk! :) przez mlodziez w wieku studenckim.

W autobusach i na przystankach...

W autobusach i na przystankach dzieją się różne rzeczy.
Stan wojenny. W krakowskim tramwaju dwóch studentów opowiada sobie dowcipy o milicjantach. Pada oczywiście pytanie: "Dlaczego milicjanci nie jedzą kiszonych ogórków?" "Bo im łeb do słoika nie wejdzie! he, he, he, he." Na to odzywa się siedzący obok z elegancką panią dzieciak: "Mamo, przecież tato je kiszone ogórki!" Pani poczerwieniała, bo ludzie zaczynają się podśmiewać, lecz mało tego, bo siedzący obok pasażer komentuje: "Chyba z beczki...".
Mało komu udało się ukryć śmiech.A pani, czerwieńsza od świeżych buraczków, wraz z dzieckiem zmyła się szybko na najbliższym przystanku.
Słyszałem to dość dawno od kolegi /podobno świadka zdarzenia/, ale mam podejrzenie że to... kawał??? Bo taki dowcip o milicjantach i kiszonych ogórkach wtedy kursował.

Znam to jako zart/dowcip.

Znam to jako zart/dowcip. Jestem przekonany ze wiele osob wlasnie tak to pierwszy raz slyszalo i opowiadajac przeksztalcalo w prawdziwa historyjke.

Mam koleżankę, która

Mam koleżankę, która twierdzi, że była świadkiem takiego wydarzenia i potem je opisała w internecie. Stąd ta historia miała zacząć krążyć po Polsce ;)

Hmm, ja to słyszałem jako

Hmm, ja to słyszałem jako autentyk. Co więcej wskazana była konkretna osoba jako ten "plujący" (uczeń liceum a nie student). Byłoby bardzo dziwne, gdyby to była legenda, bo osobę opowiadającą znam aż nadto dobrze (rodzina, nie chcę podawać szczegółów), bohatera wprawdzie nie znam osobiście, ale też znam jego rodzinę. Niestety nie pamiętam środka transportu (na pewno nie trolejbus). Wreszcie czas i miejsce - na pewno Łódź, co do czasu to w grę wchodzi okres lat 90-94 (z uwagi na pozostałe okoliczności znane mi z tego opowiadania, szczególnie osoby plującego).

Później tą samą historię słyszałem zarówno jako bliżej nieokreśloną anegdotkę (znajomy znajomego widział w autobusie...) jak i jako niezależny dowcip. Jednak wersja pierwsza była naprawdę dokładna i z mojego punktu widzenia z pewnego źródła.

Pozdrawiam

portret użytkownika Filip Graliński

No właśnie na tym polega

No właśnie na tym polega potęga legend miejskich - wierzymy znajomym, którzy z kolei swoim znajomym... nawet niekoniecznie dali się nabrać, ale przez pomyłkę coś źle zrozumieli. Jestem ciekaw, co by opowiedziała ta "konkretna osoba". Jako badacz legendy miejskiej byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym odnalazł źródło opowieści :) ale na 99,9% to tylko kolejne ogniwo w łańcuchu opowiadaczy.

Żeromski

Przywodzi mi to na myśl scenkę z Przedwiośnia Żeromskiego. Ta sama sytuacja, tylko sto lat temu - niesforny dzieciak, powóz, pasażer naprzeciwko któremu chłopczyk czyni złośliwości - tylko że matka była zakłopotana zachowaniem synka, a bohater każe zatrzmać powóz, wyciąga chłopaczka i daje mu solidne lanie. No i ani słowa o wychowaniu bezstresowym.

portret użytkownika Filip Graliński

Widać przewagę wychowania

Widać przewagę wychowania stresowego :)

Och, ale jest różnica

Och, ale jest różnica pomiędzy wychowaniem bezstresowym, a brakiem wychowania, nieprawdaż?
Jednakowoż sama słyszałam kilka razy tę "autentyczną" historię :D

Ja, moja matka oraz moja

Ja, moja matka oraz moja babcia (lecz nie matka mojej matki) byliśmy świadkami podobnej sytuacji z tym, że dziecko wrzeszczało bo nie podobało mu się to, iż ludzie zajmują siedzenia również z tyłu autobusu (gdzie byli m. in. oni oraz my). Tłoku nie było (przynajmniej w mojej ocenie). Miejsce siedzące zajmował ten kto chciał - nawet kila pozostawało wolnych (zarówno z przodu jak i z tyłu pojazdu). Mały chłopiec chciał chyba aby cały tył autobusu był dla niego. Jego matka (bo zakładam, że to była matka ;p) na początku zwracała mu uwagę ale potem przestała reagować na krzyki synka. Po pewnym czasie młody facet (mniej więcej w moim wieku – 19 lat) wysiadając z autobusu przykleił na matce na czole gumę i rzucił znanym nam tutaj tekstem o bezstresowym wychowaniu.

Wg mnie trudno tutaj mówić o „miejskiej legendzie”. Nie jest trudne znaleźć się w podobnej sytuacji. Matki mają problem z małymi dziećmi wszędzie. Zagadką pozostanie tylko gdzie taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy. To taka sama tajemnica jak różne nagrania dźwiękowe oraz filmiki krążące po sieci więc wg mnie trudno dociec prawdy. Ja również mógłbym tak zareagować wyczekując sytuacji w które matka nie będzie interesowała się tym, że dziecko biega po np. tramwaju kopiąc przy tym pasażerów (dzięki czemu pojawiło by się w Internecie jeszcze kilka dodatkowych opisów tej historii autorstwa świadków tego zdarzenia ale przecież nie o to tutaj chodzi).

"Wychowanie bezstresowe" jako legenda

W pewnym sensie samo istnienie "bezstresowego wychowania" to też legenda. Nie jestem specjalistką, nie twierdzę, jakobym nią była - ale nigdy nie zetknęłam się z omawianą na poważnie ideą traktowania dziecka tak, żeby nie doświadczało jakichkolwiek stresów, sprzeciwów, skarceń. "Bezstresowe wychowanie" to mit powielany głównie przez prawicę spod znaku "państwo chce decydować za rodziców, jak mają wychowywać swoje dzieci!! niedługo jak w Szwecji będą odbierać dzieci rodziom za krzyknięcie i oddawać do wychowania przez kolektyw/pary gejowskie/(dodać, co "soczystego" jeszcze przyjdzie do głowy)!!!".

Tak wogóle to pojęcie

Tak wogóle to pojęcie "bezstresowego wychowania" rozumianego jako permysywizm pochodzi z legendy miejskiej - jednej z niewielu sukcesów propagandy PRL. W latach 80 i 90 wielu ludzi wierzyło, że za oceanem zapanowała moda na tego typu wychowanie, że poważni "amerykańscy naukowcy" to zalecają. W dyskusjach było to zwykle sposobem na usprawiedliwianie bicia własnych dzieci na zasadzie fałszywej dychotomii.

portret użytkownika Filip Graliński

A kiedy i gdzie miało to

A kiedy i gdzie miało to miejsce? Podejrzewam, że ów "młody facet" znał legendę miejską, czyli że w tym przypadku życie naśladowało fikcję. No i legenda "bezstresowe wychowanie" wymaga, żeby matka powiedziała, że dziecko było wychowywane bezstresowo :)

Masz rację!

Ja tę historię słyszałam we Wrocławiu pod koniec lar sześćdziesiątych. Nic, więc, dziwnego, że zdarzają się ludzie, którzy w podobnych sytuacjach podobnie reagują - wszak jest duże prawdopodobieństwo, że wcześniej też poznali tę historię.
Natomiast w połowie lat siedemdziesiątych opowiadał mi kolega z pracy o zachowaniu w autobusie dzieciaka, który był członkiem wycieczki niemieckiej (z RFN). Kolega był wówczas kierowcą autobusu wycieczkowego i podziwiał opanowanie i tolerancję pozostałych uczestników tej wycieczki. Bo malec był tak żywy, że prawie chodził po podsufitce autobusu. I w ogóle był niesforny i dokuczliwy dla wszystkich (wg naszych pojęć) przez te kilka dni wycieczki. Gdy pytał czy im to zachowanie malca nie odpowiada, to usłyszał "on z tego wyrośnie". Oboje byliśmy zszokowani takim podejściem do zachowania dziecka. Myślę tak sobie, że Niemcy nie czytali Żeromskiego;p

portret użytkownika Filip Graliński

O dziękuję za cenną

O dziękuję za cenną informację, która pozwoli przesunąć datowanie tej opowieści.

portret użytkownika Filip Graliński

... jeszcze mogę się

... jeszcze mogę się podpytać, w jakiej konkretnie wersji krążyło to pod koniec lat 60.?

W latach 60-tych była znana pierwsza tu wymieniona wersja.

Z tym, że nie było tej dokładności "dryblas-student". Ot, stojący obok młody chłopak, który cały czas żuł gumę. Wtedy ważna też była informacja o tej gumie, bo żucie gumy w tamtych czasach nie było tak powszechne. Ze względu na jej smak i jakość. Dopiero jak trafiły do nas z zachodu (NRD) balonówy (dekadę później), to młodzież namiętnie ją "przeżuwała". Ale nie należało tego robić na lekcjach czy w czasie rozmowy z kimś.

PS.
Nie przychodzą do mnie powiadomienia o odpowiedziach na wpis. Ustawiłam sobie opcję "Powiadamiaj mnie o odpowiedziach wpisywanych tutaj:" na "Dla wszystkich odpowiedzi do powyższego wpisu".

Wrzeszczące dziecko można

Wrzeszczące dziecko można spotkać wszędzie - to naturalne, że dziecko próbuje krzykiem wymusić co to chce. Matka słusznie przestała reagować, bo to najlepszy sposób by nauczyć dzieciaka, że wrzeszcząc nic nie osiągnie. Za to chłopak to debil, bo matka nikogo nie uraziła, a dzieciak krzywdy nie robił. Tu nie chodzi o bezstresowe wychowanie tylko o sposób by nauczyć czegoś dzieciak - ignorowanie takich wybryków jest skuteczniejsze niż lanie. Oczywiście gdyby dzieciak kogoś bił, kopał to co innego

bezstersowe wychowanie

pierwszy raz słyszałam te historyjkę w Warszawie we wczesnych latach 80. lub nawet pod koniec 70. Oczywiście opowiadana była przez "naocznego świadka". Różniła się od przytoczonych tylko tym, że "karcący" mamusię młody człowiek napluł na swój bilet, który następnie przykleił jej do czoła, wygłosił komentarz i wysiadł z tramwaju.

Wersja częstochowska

Ja jestem z Częstochowy i słyszałam podobną historię - wszystko to samo - dzieciak 5 - 7 lat, niereagująca mamusia, tylko reakcja współpasażera, młodego chłopaka nieco inna. Otóż chłopak, gdy autobus/tramwaj się zatrzymuje, chłopak mówi, że też był wychowywany bezstresowo, wali mamusię w pysk i ucieka.

Wiele lat temu w Panoramie

Wiele lat temu w Panoramie Legnickiej wydarzenie było opisywane jako autentycznie mające miejsce w autobusie legnickiej komunikacji miejskiej, w linii "22" relacji Legnica Dw. PKP - Złotoryja Hoża Szpital.

Dziś w autobusie

Dziś w autobusie słyszałem tą historię, oczywiście jako oryginał :)

slyszalam to od kolezanki,

slyszalam to od kolezanki, jako autentyczna historia, w 2000 lub 2001 roku

bezstresowe wychowanie

o te historie slyszalam po raz pierwszy w gdansku na poczatku lat 80 - miejscem akcji byl autobus, bohaterowie: mamusia, synek, mlody wspolpasazer, reszta jak w przytoczonych opowiesciach, ale najlepsze jest to, ze uslyszalam te opowiesc w zeszlym roku, czyli 2008 r., w Hannoverze, opowiedziana w jezyku niemieckim przez rodowitego Niemca, oczywiscie jako "najprawdziwsza prawde" czyli jego znajomy ma znajomego,ktorego znajomy (itd.) jechal autobusem (albo tramwajem - nie pamietam) oczywiscie w Hannoverze i w tymze srodku lokomocji siedziala mamusia z synkiem, ktory kopal po nogach wspolpasazera siedzacego naprzeciwko, w odpowiedzi na prosbe o zwrocenie dziecku uwagi odpowiedziala, ze nie bedzie dziecka do niczego zmuszac, bo wychowuje je bezstresowo no i dalej jak w polskiej opowiesic: guma do zucia, czolo
czy jest to w takim razie , ze tak powiem "europejska miejska legenda" czy tez zostala przywleczona do Niemiec przez Polakow?

Usłyszałem to jako

Usłyszałem to jako autentyczną historię w połowie lat 80-tych, od mojej studiującej kuzynki. Swiadkiem zdarzenia była jej serdeczna koleżanka, jeszcze z liceum.

Też słyszałam tę

Też słyszałam tę historię od kogoś kto podobno zna naocznego świadka. Woj. podkarpackie, jakiś rok - dwa lata temu.
Wydaje mi się (lecz głową nie ręczę), że historię tę któraś z polskich, współczesnych pisarek wykorzystała w swojej książce. Niestety nie pamiętam która.

"wymac✸✸je" :D

"wymac✸✸je" :D

Już Żeromski w "Ludziach

Już Żeromski w "Ludziach bezdomnych" (rozdział "Niesforny Dyzio") przedstawił tego typu sytuację. Pozwolę sobie wspomnieć, że mnie również przytrafiła się podobna przygoda:

W marcu 2009 roku jechałem pociągiem osobowym z Wałbrzycha do Wrocławia. Był to akurat pociąg typu "tramwajowego" tzn. bez przedziałów, krzesła znajdowały się po obu stronach wagonu. Kilka rzędów przede mną siedziała dama z kilkuletnim diablęciem. Wrzeszczało, przeszkadzało współpasażerom, brudziło itp. Obserwowałem to ze stoickim spokojem, dopóki bachorzątko nie zaczęło bawić się szalem siedzącej obok staruszki.

Wtedy wstałem z miejsca i podszedłem do wyrozumiałem mamusi. Prezentowałem się dość groźnie (skórzana kurtka, niezbyt sympatyczna buzia, jadowicie stylizowany głos) i odezwałem się do niej w te słowa: "Albo uspokoi Pani swoje dziecko, albo ja je uspokoję. I Panią przy okazji."

Efekt był natychmiastowy: Kobiecina struchlała i ostro przywołała swoją latorośl do porządku. Po wszystkim usłyszałem jeszcze jej przestrogę: "Cicho, bo przyjdzie ten straszny pan i nas zabije". Oczywiście blefowałem, ale cóż za wynik :D

Później podeszła do mnie staruszka z szalikiem i podziękowała mi :)

Metodę radzenia sobie z takimi dziećmi zawdzięczam Żeromskiemu ^^

Tu jest podobna

Tu jest podobna historia:
http://wezsietato.pl/1702#comments

Też od razu skojarzyłem z

Też od razu skojarzyłem z Żeromskim, tam niesforny Dyzio dokazuje przez jakiś czas by na końcu zostać przełożonym przez kolano Tomasza Judyma.

portret użytkownika Filip Graliński

Rzeczywiście, są pewne

Rzeczywiście, są pewne podobieństwa: niesforne dziecko, akcja w - powiedzmy - środkach komunikacji publicznej, pasażer karzący dziecko. Jest jednak zasadnicza, "strukturalna" różnica - doktor Judym nie stwierdził, że też był wychowywany bezstresowo...

Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Wulgaryzmy są wygwiazdkowywane.

Więcej informacji na temat formatowania

design by Stainless Design