Podsłuchujemy internetowy głuchy telefon: listy łańcuszki, miejskie legendy, pogłoski, mistyfikacje, faktoidy, owcze pędy i koty w butelkach.

samochód śmierci


Dlaczego ten sportowy samochód jest taki tani?

Pamiętam legendę o niezwykle tanim samochodzie (zazwyczaj jakiejś cenionej marki), który nie mógł znaleźć nabywcy z powodu niesamowitego zapachu, którym był cały przesiąknięty (zmarł w nim właściciel, a ciało leżało długie tygodnie).

Legendę o tanim samochodzie (najpierw to był mercedes, a potem pojawiały się jaguary i zdaje się porsche) usłyszałem w latach 70. Słyszałem ją potem wielokrotnie. [1]

[…] w połowie lat 90. kolega proponował mi w bardzo atrakcyjnej cenie zakup „prawie nowego” poloneza. Był naprawdę tani. Tylko że, dodał kolega, samochód znaleziono w lesie. Stał przez kilka tygodni, a w nim zmarły (zabity? zawał? nie wiem) kierowca. I tapicerka nasiąkła trupim zapachem nie do wywabienia. Opowiedziałem rodzicom — zaczęli się śmiać mówiąc, że za ich czasów krążyła taka sama opowieść o warszawie czy syrenie. [2]

To jedna z bardziej znanych legend miejskich. Polskie warianty „samochodu napiętnowanego śmiercią” opisał folklorysta Dionizjusz Czubala w książce Współczesne legendy miejskie [3]. Jeden z informatorów Czubali utrzymywał, że opowieść krążyła już w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku! Czubala podaje też kilka wersji z lat osiemdziesiątych, napiętnowany śmiercią był np. polonez.

Sądząc po internecie, samochód śmierci nie jest obecnie tak popularny, jak to bywało chociażby w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ot, ktoś w 2003 roku pisał, że „jeszcze całkiem niedawno” słyszał o śmierdzącym samochodzie [4], ale innych śladów internetowych nie udało mi się odnaleźć.

na świecie

Według Czubali najdalej wysunięte na wschód miejsce, gdzie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku krążyła legenda o samochodzie śmierci to… zauralski Swierdłowsk (obecnie: Jekaterynburg) [3]. Jeśli chodzi o bliższą zagranicę, opowieść jest znana w Czechach [5] i w Niemczech (tam odnotowano relację z 1978 roku) [6].

Początków samochodu śmierci powinno się jednak szukać tam, gdzie w ogóle powstała cywilizacja samochodowa — w Stanach Zjednoczonych…

rzeczywistość?

…gdzie tamtejszy folklorysta, Richard M. Dorson (skądinąd ważna postać w historii badań nad legendami miejskimi, ba!, twórca terminu „legenda miejska”) doszukał się nawet rzeczywistego pierwowzoru samochodu śmierci w pewnych wydarzeniach, które rozegrały się w niewielkiej murzyńskiej społeczności w miejscowości Mecosta w stanie Michigan. Mianowicie w 1938 roku pewien biały mężczyzna nazwiskiem Demings na skutek zawodu miłosnego popełnia samobójstwo w swoim samochodzie marki Ford Model A, rocznik 1929. Demings dokładnie uszczelnił samochód przy użyciu cementu i zatruł się spalinami wdychanymi z węża podłączonego do rury wydechowej. Samobójstwo miało miejsce w sierpniu, ciało odnaleziono dopiero w październiku, gdy pewien myśliwy zainteresował się bliżej samochodem (wcześniej widywał już samochód parę razy, w końcu nawet pomyślał „O, facet poluje zawsze wtedy, gdy ja”).

Ford Demingsa trafił do sprzedawcy używanych samochodów w pobliżu Mecosty. Samochód przyciągał uwagę — był cały pomalowany w oryginalne ptasio-rybie wzory. W końcu został zakupiony przez Clifforda Crossa, Murzyna z Mecosty. Tak jak w legendzie, samochód przesiąknięty był trupim odorem. Cross wypróbował wszelkich środków, by pozbyć się smrodu, nawet ponownie obił tapicerką i odkaził wnętrze. Nadaremnie, nawet w środku zimy Cross musiał jeździć z otwartymi szybami. W końcu samochód trafił na złom [7].

Na podstawie zebranych wariantów legendy i ich geograficznego rozmieszczenia Dorson doszedł do wniosku, że to właśnie wydarzenia w Mecoście były źródłem legendy o samochodzie śmierci [7].

Sprawa jednak nie jest taka prosta, a wielu folklorystów nie zgodziło się z hipotezą Dorsona [8]. Po pierwsze, wiele atrakcyjnych narracyjnie szczegółów historii Clifforda Crossa nie pojawiło się w rozpowszechnionych wariantach opowieści o samochodzie śmierci (na przykład: okoliczności śmierci właściciela samochodu, historia myśliwego, który odnalazł ciało Demingsa, unikatowe zdobienie samochodu). Po drugie, w legendzie podkreśla się atrakcyjność samochodu, często jest to bardzo pożądany najnowszy model samochodu sportowego, tymczasem prawie dziesięcioletni ford Demingsa nawet bez trupiego „suplementu” nie byłby wart zbyt wiele. Po trzecie, dokładniejsza, ilościowa analiza materiału zebranego przez amerykańskich folklorystów wskazywałaby raczej na pierwowzór, w którym właściciel najnowszego modelu buicka bądź cadillaca umiera na zawał serca [8].

A może los, jaki przypadł w udziale fordowi rocznik 1929, spotkał i inne samochody? Może nawet w Polsce? Że jest to całkiem możliwe, udowodnili telewizyjni „pogromcy mitów” — w jednym z odcinków tego programu telewizyjnego do Chevroleta Corvette włożono zdechłe świnie, samochód dokładnie uszczelniono i umieszczono w kontenerze. Po dwóch miesiącach „pogromcy mitów” otworzyli samochód. Jak się można domyślać, smród był potworny i nie można się było go pozbyć (nie udało się tego dokonać nawet firmie specjalizującej się w porządkowaniu miejsc zbrodni). Samochód został ostatecznie sprzedany za niewielkie pieniądze — na części [9].

mutacje i miksy samochodu śmierci

W typowej wersji samochód śmierci nie odwołuje się do żadnych wątków nadprzyrodzonych. Czubala odnotował w 1990 roku wariant, w którym „przeklęty” polonez przynosi śmierć kolejnym właścicielom (kolejni kierowcy na chwilę przed tragicznym wypadkiem widzą w lusterku „coś strasznego”) [3].

Czubala opisał też w swojej książce mongolską (!) opowieść będącą zlepkiem dwóch legend — zwłoki, które „napiętnowały” samochód śmiercią, należały do babci, ukradzionej w zupełnie innej legendzie! [3]

podobne legendy

przypisy

[1] W.W., mejle z 29 listopada i 3 grudnia 2011

[2] W.Ś., mejl z 31 października 2009

[3] Dionizjusz Czubala, Współczesne legendy miejskie, Uniwersytet Śląski, Katowice 1993, s. 47–53

[4] wypowiedź internauty „Jarek P.” na grupie dyskusyjnej pl.misc.elektr (?), 7 czerwca 2003, http://plmiscelektronika.elektroda.pl/plmiscelektr/06_2003_1/06_2003_1231.htm, data dostępu: 11 grudnia 2011

[5] Petr Janeček, Černá sanitka: třikrát a dost. Mytologie pro 21. století, Nakladatelství Plot, Praha 2008, s. 176–178

[6] Rolf Wilhelm Brednich, Die Spinne in der Yucca-Palme. Sagenhafte Geschichten von heute, Verlag C.H.Beck, München, 2007, s. 38

[7] Richard Mercer Dorson, American Folklore: With Revised Bibliographical Notes, University of Chicago Press, Chicago, London, 1977, s. 250–252

[8] Jan Harold Brunvand, The Truth Never Stands in the Way of a Good Story, University of Illinois Press, Urbana, Chicago, 2001, s. 13–22

[9] http://mythbustersresults.com/episode7, data dostępu: 11 grudnia 2011

Inna wersja

Ja słyszałem nieco inną wersję, feralny samochód był sprowadzony z Niemiec, a właściciel zginął w wypadku jadąc przedmiotowym pojazdem. Nie wyhamował za ciężarówką, na której przewożone były profile stalowe i wjechał jeden z tych profili. Uszkodzenia samochodu to "tylko": wybita przednia szyba oraz całe wnętrze, jak to ujął Wieszcz, "krwią i mozgiem splamione".

Mnie się to skojarzyło z

Mnie się to skojarzyło z trochę innej historią, trochę bardziej zabawną i bardziej prawdopodobną, która podobno spotkała 'znajomego znajomego' (w sumie nie mam powodów aby nie wierzyć że jest autentyczna).
Otóż w latach 80-tych znajomy ów jechał maluchem i wiózł na tylnym siedzeniu oraz tylnej półce 120 jajek. W pewnym momencie ktoś tam mu wyjechał z jakiejś podporządkowanej ulicy i musiał gwałtownie hamować, no i nie trudno się domyśleć co się stało: jajka zleciały z tylnej półki na te na siedzeniu i nastąpiła ogólna katastrofa, większość się potłukła. Człowiek ten próbował potem doprać tapicerkę, ale niestety nie przyniosło to zadowalających rezultatów. Wkrótce wszystko zaczęło tak śmierdzieć, że nie dało się wytrzymać. W końcu delikwent zmuszony był sprzedać swój pojazd :)

portret użytkownika Jaahquubel

Błędy

Oj, małe błędy się przydarzyły.
"Samobójstwo miało miejsce w sierpnia"

"Ford Model A, rocznik 1929" vs "fordowi rocznik 1928"

portret użytkownika Filip Graliński

Poprawione, dzięki za

Poprawione, dzięki za korektę obywatelską.

{...}

"Christine". Pamiętacie ten film? może te opowieści stąd się wzięły?

Akurat słyszałem podobną historię

Całkiem niedawno kolega w pracy opowiedział mi podobną historię (uznałem za autentyczną, bo brzmi wiarygodnie, poza tym powyższego artykułu nie było na atrapie gdy mi to opowiadał, więc nawet nie pomyślałem, że to może być legenda miejska - w przeciwnym wypadku dokładnie wypytałbym o to kolegę, a niestety nie pracuję już w tej firmie).
Podobno jego znajomy kiedyś (lata bodajże 90-te) kupił po okazji samochód, którego właściciel (starszy pan, mieszkający samotnie) zmarł w wyniku zawału serca (czy jakoś tak) siedząc akurat w samochodzie, w garażu. Samochód nie był jakiś ekskluzywny ("zwykła" marka), cena była okazyjna, ale adekwatna do wartości auta. Podobno znajomy kolegi dokładnie prał tapicerkę i czyścił auto, ale nie mógł pozbyć się nieprzyjemnego zapachu. Z tym, że "zapach" ten nie był intensywny (podobno bardziej było go czuć w cieplejsze dni). Kolega sam też rzekomo jechał tym autem ze znajomym i osobiście doświadczył tego zapachu. Finał był taki, że jego znajomy sprzedał ten samochód.
Nie miałem podstaw by nie wierzyć koledze, z resztą on sam przyznał (lub jego znajomy to powiedział, nie pamiętam), że w zasadzie to "nie był pewien, czy ten samochód faktycznie śmierdzi, czy to raczej w podświadomości gdzieś tak siedzi i człowiekowi się zdaje, że czuje zapach trupa". Ze względu na osobisty "udział" kolegi w tej historyjce (w przeciwieństwie do znanego schematu "znajomy znajomego") uznałem, że jest ona autentyczna. Przy tej okazji koleżanka opowiedziała też inną historię o koleżance, która zapomniała wyjąć ziemniaki z bagażnika i po kilku tygodniach / miesiącach (nie pamiętam już dokładnie) ciężko było jej się pozbyć brzydkiego zapachu zgniłych ziemniaków... :)

w sumie...

..takie cos to mogło sie zdarzyc nie raz i nie musi byc zaraz wymyslona opowiastką. Sama ostatnio natrafilam na jakas wypowiedz ze gdzies tam na osiedliu na uboczu stał przez 2 tyg czarny samochod- sorry nie znam sie na markach xD z ktorego zaczeło cuchac wiec sie nim zainteresowao.Po otwarciu drzwi ponoc wszyscy wokol rzygali,w sumie wierze bo skoro lezały 2 tyg autorka zaznaczyła ze to były bezwietrzne 2 tygodnie upałow, a wisdomo auto czarne na dodatek w srodu temp mogła wyniesc z 56-60*C chyba. i tez cos chyba było zaznaczone ze nikt nie chciał kupic a kosztował 2000zł. w sumie trafiłam tutaj szukajac własnie takich zdarzen,wczesnoej natrafiłam na podobnie opisana historie. Takie cos naprawde mogło sie wydarzyc nie raz nie dwa, ponoc trupi zapach jest najgorszy dla ludzkiego nosa i nic go nie wywabi,nie wezcie mnie za psycholke, ale nigdy nie czulam tego zapachu i jestem zwyczajnie ciekawa jak to pachnie- naq bank jakbym poczula to by mi sie odechciało i momentalnie bym zakrtyła nos, ale no jednak..:) interesuje sie medycyna sadowa kryminalistyka i takimi sprawami,wiec to nie jakas nekrofilna fascynacja:P ale skoro firmy sprzatajace zdzieraja podłogi usuwaja dywany w miejscu znalezienia denata po długim czaeie to nic dziwnego ze z małego auta nie chce ten swąd zejsc.POZDRAWIAM :)

Buntownik w samochodzie

Mi ta historia kojarzy się raczej z Jamesem Deanem, który denatem stał się jadąc na wyścig. Nie pamiętam czy jego fura była nietknięta czy w rozsypce, ale na jej działające części, sprzedane później, padła jakoby straszliwa klątwa i każdy kto ich potem używał ginął w trasie tak jak aktor. Nie pamiętam tej historii dokładnie, ale w internetach jest tego do poczytania i myślę, że również mogłaby zostać umieszczona na Atrapie. Nie wydaje mi się bowiem tak całkiem prawdziwa.

Samochód śmierci wersja II

Jest to wersja z happy - endem i morałem. Opowiedział mi ją kolega, a świadkiem zdarzeń był jego kolega. Czyli klasyka legend miejskich.
Opowieść umiejscowiona jest na przełomie lat 80-tych i 90 - tych. W okresie, kiedy trwały złote żniwa dla sprowadzaczy zachodnich samochodów, a każde autko, nawet takie pamiętające kanclerza W. Brandta pozostawało w sferze trudno ziszczalnych marzeń dla właścicieli "maluchów", dużych fiatów a niekiedy jeszcze Syrenek.
Wtedy to w jednym z przemyskich komisów i zarazem warsztatów miał pojawić się, przywieziony na lawecie samochód. O ile pamiętam, Merc albo Audik w wersji cud - miód - malina, full wypas, mało jeżdżony itp. A na lawecie, bo... uruchomienie auta wymagało wprowadzenia jakiegoś specjalnego kodu do komputera za pomocą wbudowanej wewnątrz klawiaturki i za cholerę nie dało się tego obejść. A poprzedni właściciel auta, jakiś starszy i zamożny obywatel Niemiec... zabrał tajemnicę owego kodu w zaświaty. Dlatego rodzina tego pana sprzedała bardzo tanio samochód, którego nikt nie potrafił uruchomić.
A happy end? Podobno pan komisant uruchomił jakieś kontakty, dzięki którym zjawił się u niego jakiś pan spod Warszawy. Może z Prószkowa? Kto wie? Człowiek ten zamknął się w warsztacie sam na sam z samochodem, a późnym popołudniem wręczył właścicielowi karteczkę z kodem do uruchamiania pojazdu, zainkasował umówioną zapłatę i odjechał. Jak zatem widać: Polak potrafi! - to ów obiecany na wstępie morał.

Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Wulgaryzmy są wygwiazdkowywane.

Więcej informacji na temat formatowania

design by Stainless Design